Oglądałam kabaret, w którym w jednym z dialogów padło zdanie ,,a dziękuję, u mnie tak dobrze, nie za dobrze’’. To właśnie kwintesencja podejścia do życia, które towarzyszyło mi przez długie lata i wciąż daje o sobie znać. Kiedy? Dokładnie wtedy, kiedy jest dobrze. Potrafię wynaleźć choćby najmniejszy powód, który położy się cieniem (bądź całkowitym zaćmieniem) nad tym, co na „zdrowy rozum’’ powinno być powodem mojej radości, zadowolenia, a nawet ulgi. Skąd więc przymus szukania dziury w całym?
Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to słowa bezrefleksyjnie powtarzane przez wiele osób „nie chwal dnia przed zachodem słońca’’ (w złośliwszych wersjach – „a mężczyzny przed śmiercią’’). To tak, jakby doświadczenie dobrostanu i głośne przyznanie się do niego miało pociągnąć za sobą serię nieuchronnych nieszczęść. Kto z nas nie słyszał przekonania, że jak jest zbyt długo dobrze, to w końcu musi się coś złego wydarzyć. I tak oto żyjemy w nieuświadomionym, utrwalanym lęku, opowiadając sobie historie o tym, że może i nawet jest dobrze, ale zawsze może być gorzej.
,,Ale’’ – to słowo, które kieruje uwagę w stronę niepokoju, od którego można się uzależnić. Ja się od niego uzależniłam. Czym się to objawia? W momentach, w których wszystko naprawdę jest bardzo dobrze, stałam się mistrzynią wynajdowania jakiegoś ,,ale’’, które skutecznie i na długo zabiera mi spokój. To „ale” nie pozwala mi usiąść w fotelu i bez wyrzutów sumienia cieszyć się chwilą obecną. Konkretny przykład: gdy nie miałam stabilnej pracy, to narzekałam na niepewność finansową. Jak pojawiła się stabilna praca, to zaczęłam narzekać na „uwiązanie’’ od etatu. Kolejny przykład: jak nie miałam chłopaka, to wypłakiwałam sobie oczy wieczorami, zajadając kubełkiem lodów lęk przed samotnością, a jak już się wymarzony chłopak pojawił, to zaczęłam narzekać na uciążliwość dojazdów związaną ze związkiem na odległość. Mam umiejętność wynajdowania ot tak kilkunastu powodów do utrzymywania się w złym nastroju przez cały dzień. Przykłady? Nieułożona grzywka, którą będę oglądać w każdym mijanym lustrze, albo krostka na twarzy, o której przez cały dzień będę sobie przypominać i sprawdzać palcami jej wielkość.
Analizowanie – czemu ja tak mam, może skończyć się usprawiedliwieniem swojego narzekania. Świat Light Healing House – czyli metody życiowej transformacji prowadzącej w lekkości ku światłu, nauczył mnie pytać „co mi to robi?’’ i ,,czy ja chcę się tak czuć w związku z tym?’’. Tu nastąpił zwrot o 180 stopni w moim podejściu do przymusu narzekania. Czemu? Bo tak tajemniczo brzmiąca „metoda życiowej transformacji, prowadząca w lekkości ku światłu’’ oznacza między innymi umiejętność odwracania uwagi od tego, co teraz robię i analizowania dlaczego tak robię, w stronę tego, co chcę w zamian robić i jak chcę się czuć. Ta zmiana perspektywy kieruje moją uwagę nie tylko ku nowym myślom, ale przede wszystkim ku nowemu poczuciu w ciele. Dzięki wyobraźni przywołuję stan wolności od produkowanego przeze mnie stresu (bo trzeba uczciwie przyznać, że sama wymyślam sobie powody do niepokoju) i pozwalam sobie odetchnąć głęboko w poczuciu, że w tej chwili nie musi zaistnieć nic więcej, żeby być zadowoloną.
Podejście Light Healing uczy zauważać drogę, którą przebywamy z punktu A do punktu B. Uczy też tego, że na drodze konieczne są przystanki, żeby nabrać sił i że tak naprawdę ta droga nie ma mety. Bo nie musi się wydarzyć nic wielkiego, żebyśmy pozwolili sobie czuć się dobrze. Można czuć się dobrze na każdym etapie drogi.
W moim przymusie narzekania nie pozwalałam sobie na to, żeby poczuć się swobodnie, lekko i bez niepokoju, że zaraz będzie gorzej. Dziś już umiem zatrzymać się i zastanowić, a także poczuć, jak mi teraz jest. Tym jest dla mnie metoda Light Healing – nie narzędziem, które nauczy mnie „jak nie narzekać’’, a umiejętnością dostrzegania tego, że to, na co teraz narzekam jest tym, o czym kiedyś tylko marzyłam.
P.S. Jak przestaniesz narzekać, to odzyskasz dużo energii, którą będziesz mógł/mogła wykorzystać tak, jak chcesz 🙂
AUTOR: ANNA PRZYBYSZ, PRAKTYK METODY LIGHT HEALING



0 komentarzy