Jak nie wierzyć w prowadzenie, kiedy życie odpowiada dokładnie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebujemy? Jedno z ostatnich spotkań w przestrzeni Light Healing House z Basią Pasek zapamiętam na długo. Przyszło cicho, subtelnie, niemal niezauważalnie. Jak większość najważniejszych rzeczy w życiu. To był webinar o tym miejscu w nas, które wie wcześniej niż umysł, o wewnętrznym głosie, który nie krzyczy, nie walczy, nie domaga się uwagi, a tylko bardzo delikatnie szepcze: “Idź. Zaufaj. Tędy”. Moje ostatnie obserwacje zmusiły mnie do zadania sobie refleksyjnych pytań: “Jak często próbujemy prowadzić wszystko sami, kontrolować każdy krok, przewidywać każdy scenariusz, zabezpieczać każdą możliwą przyszłość tak, jakby życie było projektem do zarządzania, a nie przestrzenią do przeżywania? Jak bardzo chcemy mieć pewność, zanim zrobimy pierwszy krok?” A przecież życie najpiękniej wydarza się właśnie tam, gdzie tej pewności nie ma. Basia zaprosiła mnie na swój webinar w momencie, który nie był przypadkowy. Choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Odpowiedziałam na to zaproszenie intuicyjnie – bez analizowania i bez szukania logicznych powodów. Po prostu poczułam, że powinnam tam być. I dziś wiem, że właśnie tak działa prowadzenie. Nie zawsze przychodzi w wielkich znakach i spektakularnych momentach. Czasem przychodzi jako wiadomość przeczytana o właściwej porze. Jedno zdanie, które trafia prosto do serca. Spotkanie z kimś, kto wypowiada na głos to, co od dawna próbowała powiedzieć Ci Dusza. Czasem prowadzenie wygląda bardzo zwyczajnie, ale jego skutki potrafią zmienić absolutnie wszystko. Ten wieczór był właśnie taki – cichy, prosty, a jednocześnie głęboko poruszający. Przypomniał mi, że nie muszę wiedzieć wszystkiego. Nie muszę mieć gotowego planu. Nie muszę nieustannie trzymać steru kurczowo w dłoniach. Czasem największą odwagą nie jest działanie, a zaufanie, by podać życiu dłoń i dać mu się poprowadzić. Następnego dnia rano, z żywymi jeszcze emocjami, zupełnie spontanicznie sięgnęłam po książkę Basi “Odzyskaj błysk w oku”. Uwielbiam po nią sięgać bez konkretnego celu. Zazwyczaj po prostu otwieram ją na losowej stronie. Tym razem moim oczom od razu ukazało się TO jedno kluczowe zdanie, napisane dużymi literami: “DAJ SIĘ PROWADZIĆ”. Uśmiechnęłam się szeroko do siebie. I jak tu nie wierzyć w znaki? Jak nie wierzyć, że coś większego naprawdę z nami rozmawia? Dalej czytam, że “kiedy spojrzysz z góry na wszystko, co Ci się przytrafia, możesz zobaczyć, że każde wydarzenie ma sens. Ma swoją przyczynę. Dzieje się z jakiegoś powodu.’ I nagle wszystko wróciło. Wszystkie te momenty, które kiedyś wydawały się końcem. Wszystkie zamknięte drzwi, które później okazywały się ochroną. Wszystkie opóźnienia, które były błogosławieństwem. Wszystkie cierpienia, które prowadziły do czegoś znacznie piękniejszego. Dziś coraz mocniej wierzę w to, że nic nie dzieje się przeciwko nam, a wszystko dzieje się właśnie dla nas. Nawet wtedy, kiedy boli najbardziej. A zwłaszcza wtedy. Idąc dalej po stronach “Odzyskaj błysk w oku” trafiam na opis historii Basi, kiedy znalazła się w pustym autobusie we Francji. To historia, której nie będę już potrafiła wyrzucić z głowy. Mam wrażenie, że jest w niej ukryta cała prawda o naszym życiu! Basia opowiada, że będąc we Francji, coś ją “zawołało”. Nie potrafiła tego logicznie wytłumaczyć, ale czuła bardzo wyraźnie, że ma pójść właśnie tam. Nie wiedziała dokąd. Nie miała planu, ani mapy. Miała tylko to ciche, wewnętrzne szarpnięcie serca, za którym poszła. Nagle, pośrodku właściwie niczego, pojawił się stary autobus. Pusty. Jakby czekał właśnie na nią. Wsiadła. Była jedyną pasażerką. Kierowca zawiózł ją przez najpiękniejsze krajobrazy, do miejsca tak niezwykłego, że wyglądało jak raj. Jakby życie na chwilę uchyliło zasłonę i pokazało jej coś więcej. A potem ten sam kierowca odwiózł ją z powrotem do hotelu i… zniknął. Tak po prostu. Jakby nigdy go tam nie było.
Dopiero wiele lat później Basia wracając do tej historii, zaczęła zadawać sobie pytania: “Kim był ten człowiek? Kto go tam przysłał? Jak to możliwe, że pośrodku niczego pojawił się autobus tylko dla jednej osoby?” Przypadek? A może właśnie nie. Może właśnie tak wygląda prowadzenie? Ciche. Niewidzialne. Nielogiczne. Ale niezwykle prawdziwe. Basia napisała też coś, co skłoniło mnie do głębokiej refleksji. Że być może ona sama jest takim kierowcą w pustym autobusie dla kogoś. Że być może prowadzi kogoś właśnie do pięknych widoków. Że może nie trzeba rozumieć wszystkiego, wystarczy zaufać, że ktoś – albo coś większego – zna drogę. I wtedy coś we mnie “kliknęło!” Pomyślałam o sobie, że Basia jest właśnie takim kierowcą mojego autobusu. Kimś, kto pojawił się dokładnie wtedy, kiedy byłam gotowa usłyszeć siebie. Kiedy dziś wracam do historii naszego poznania i do mojego wejścia w przestrzeń Light Healing House, to przecieram oczy ze zdumienia. Bo to naprawdę było niezwykłe. To nie było przypadkowe. To było Prowadzenie, przez duuuże P. Basię zobaczyłam u kogoś na Instagramie. Jedno kliknięcie za drugim i jest! TO czucie, że jesteś dokładnie TU, gdzie pragnie być Twoja Dusza. Nigdy nie czułam czegoś tak bardzo wyraźnie. Nie znałam Basi ani jej książek. Nie wiedziałam, kim jest. A jednak wiedziałam całą sobą – to tutaj! To było jedno z pierwszych tak mocnych doświadczeń prawdziwego zaufania sobie. Napisałam do Basi. Tak po prostu. Poszłam za szarpnięciem serca. Bez logicznego uzasadnienia i bez jakiegoś planu. Moje serce już wiedziało coś, czego umysł kompletnie nie rozumiał. Myślę sobie, że właśnie tak działa życie, kiedy naprawdę mu ufasz i że może my wszyscy mamy takich “kierowców po życiowych ścieżkach”. Może wszyscy mamy ludzi, którzy pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Jedna osoba, która staje się drogowskazem – nauczyciel, przyjaciółka, czasami obca osoba z internetu, a czasami ktoś, kto tylko na chwilę pojawia się na naszej drodze, żeby przypomnieć nam, kim naprawdę jesteśmy. Może właśnie dlatego tak ważne jest, aby nie ignorować tych szarpnięć serca i wsiąść do autobusu, kiedy życie nam go podstawia. Nawet jeśli nie wiemy, dokąd jedziemy. Nawet jeśli to nie ma logicznego sensu i głębszego wyjaśnienia. Nawet jeśli się boimy. Często to właśnie po drugiej stronie tego zaufania czeka na nas życie piękniejsze, niż moglibyśmy sobie wyobrazić. Wszak coś większego zawsze się nami opiekuje, zwłaszcza wtedy, kiedy odważymy się zaufać. I właśnie tutaj zaczyna się najtrudniejsza część, bo ufać jest łatwo, kiedy jest lekko, kiedy plan działa, kiedy “życie Ci sprzyja”. Ale jak płynąć na fali życia, kiedy wszystko się wali? Jak zaufać, kiedy Twój plan właśnie runął? Jak nie wpaść w panikę, kiedy nie masz już nad niczym kontroli? To jest prawdziwa praktyka zaufania – nie wtedy, kiedy jest pięknie, tylko wtedy, kiedy stoisz na życiowym zakręcie i nie widzisz dalszej drogi. Myślę, że największe zmiany w życiu nigdy nie zaczynają się od wielkiego planu. Nie zaczynają się od idealnego momentu ani od dnia, w którym nagle wszystko staje się jasne i poukładane. One zaczynają się dużo ciszej. Od tego jednego wewnętrznego poruszenia. Od momentu, w którym po prostu wiesz, że dalej tak już być nie może. Bardzo dobrze pamiętam ten swój przełomowy, życiowy etap. Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze – stabilnie, bezpiecznie, rozsądnie. Była droga, którą “powinno się” iść. Była przewidywalność. Była konstrukcja życia budowana latami, bo przecież tak trzeba, bo tak wypada, bo tak jest bezpiecznie. A jednak gdzieś głęboko we mnie było coś, co nie dawało mi spokoju. Taki cichy brak. Takie uczucie, że jesteś gdzieś obok siebie. Że funkcjonujesz, ale nie czujesz. Że wszystko się zgadza, tylko… Ciebie tam nie ma. Myślę, że znamy to miejsce doskonale. Masz dobrą pracę, rodzinę, obowiązki, wszystko wygląda poprawnie, wszystko zgadza się na papierze, a jednak wieczorem siadasz ze sobą i czujesz, że coś jest nie tak. Nie zawsze umiesz to od razu nazwać. Czasem to jest tylko bardzo ciche: “to nie tutaj.” A czasem Twoja Dusza już nie szepcze – ona krzyczy. U mnie takim momentem przełomowym był czas po narodzinach trzeciego dziecka. To właśnie wtedy nie było już tylko delikatnego szeptu, który słyszałam od lat, a który z jakiegoś powodu wciąż zagłuszałam. Tym razem był to wyraźny, donośny krzyk: “Dość. Już tam nie wracaj. Nie wracaj do tej pracy. To nie jest Twoje miejsce.” To był moment, w którym moja Dusza powiedziała: “Wystarczy!” Moment święty. Moment, w którym przestałam ignorować siebie i po raz pierwszy naprawdę usłyszałam własne serce.
Od tego wszystko się zaczęło. Nie od momentu, kiedy miałam gotowy plan, bo nie miałam. Nie wiedziałam jeszcze JAK? Nie wiedziałam DOKĄD? Nie wiedziałam OD CZEGO ZACZĄĆ? Ale wiedziałam jedno – potrzebuję coś zmienić i nie chcę już wracać do starego. I to naprawdę wtedy wystarczyło. Bo zmiana zaczyna się od decyzji. Od jednego prawdziwego “tak” dla siebie. Od odwagi, żeby przestać zdradzać własne serce. Mogłam wtedy powiedzieć: “Teraz jestem tylko mamą. Teraz zatrzymuję wszystko. Teraz odkładam siebie na później.” Ja czułam inaczej. W końcu zapragnęłam stanąć w swojej mocy. Moja obecna ścieżka zawodowa dobiegła końca – fakt numer 1. Nie chcę czekać z przebranżowieniem – fakt numer 2. To na tyle z pewnych rzeczy. Reszta to cała masa niewiadomych. Nie wiedziałam, jaki będzie następny etap. I to było przerażające, bo jak zostawić coś, co znałaś przez tyle lat? Jak po ponad dwudziestu latach pracy, studiów, doświadczenia, budowania zawodowej tożsamości nagle powiedzieć sobie: “To już nie moje”? Jak porzucić coś, co było bezpieczne, stabilne, kiedy nie masz jeszcze pojęcia, dokąd właściwie idziesz? Jak patrzę na to teraz z perspektywy 5 minionych lat, to nie była to tylko zawodowa zmiana. To była ZAWODOWA REWOLUCJA, To była również REWOLUCJA EMOCJONALNA. Bo okazuje się, że wywracasz wszystko do góry nogami. A może właśnie ustawiasz to tak, jak od początku powinno być, bo w końcu w zgodzie ze swoim sercem. W momencie jednak, kiedy stajesz na rozstaju dróg, to nagle okazuje się, że nie wiesz, kim jesteś. Nie wiesz, co będziesz robić. Nie wiesz, jaką drogą pójść. I właśnie tu zaczyna się prawdziwe zaufanie. W momencie podjęcia wewnętrznej decyzji o zmianie pracy – ba, nawet zawodu – nie miałam planu, gotowej odpowiedzi ani nawet żadnej strategii na nowe zawodowe życie. Miałam jednak olbrzymią otwartość. Dziś wiem, że to właśnie wtedy było w moim przypadku najważniejsze. Byłam otwarta na to, co życie zaczęło mi przynosić i intuicyjnie umiałam na to odpowiadać. Nie pchałam, nie wymuszałam, nie próbowałam wszystkiego kontrolować. Raczej słuchałam, obserwowałam i podążałam za tym, co pojawiało się na drodze. A zaczęli pojawiać się ludzie, nowe współprace, nowe możliwości, rozwojowe przestrzenie. kobiece projekty, warsztaty, spotkania, rozmowy, które z pozoru wydawały się zwyczajne, a później okazywały się początkiem czegoś ogromnego. Dopiero z czasem zrozumiałam, że właśnie w taki sposób działam najlepiej – kiedy nie próbuję za wszelką cenę tworzyć życia z poziomu presji, ale odpowiadam “tak” lub “nie” na to, co do mnie przychodzi. Wtedy wszystko płynie naturalniej, decyzje stają się spokojniejsze, a droga – choć nie zawsze oczywista – okazuje się właściwa. W tamtym czasie jeszcze nie znałam tego mechanizmu, nie potrafiłam go nazwać. Dziś wiem, że taka jest po prostu moja natura. I w ten oto sposób, po nitce do kłębka, doszłam do Basi i Light Healing House – do miejsca, które zmieniło wszystko. Przez wiele miesięcy uczyłam się metody wspierającej proces przechodzenia przez życiowe zmiany z lekkością. Zostałam praktykiem transformującej metody Light Healing i od tej pory wspieram kobiety podczas przepięknych, głębokich sesji. Zorganizowałam również swoje pierwsze rozwojowe warsztaty nad polskim morzem. Potem przyszło do mnie Human Design – również w sposób, który do dziś wydaje mi się niewiarygodny. Któregoś dnia poczułam szarpnięcie – spontanicznie wpisałam w Google “kurs certyfikacyjny z Human Design”. Odpowiedziałam na pierwszą zaproponowaną stronę. I znów pojawiło się to uczucie, które miałam podczas czytania oferty 10-miesięcznego mentoringu Light Heling – ekscytacja, jakiegoś rodzaju podniecenie, takie wiedzenie, że “TAK! To jest to, czego podświadomie szukałam!” Jakiś czas później okazało się, że zgłębiam tę niesamowitą wiedzę między innymi od kobiety, od której wcześniej uczyła się sama Basia. To było prawie 3 lata temu, a pamiętam ten moment doskonale. Basia na greckiej trawie, podczas warsztatów w ramach mentoringu, opowiadała o tym, jak sama ukończyła studia Life Coachingu na Uniwersytecie Civitas i polecała jedną kobietę, od której naprawdę warto się uczyć. I ja, rok później, znajduję się “przypadkowo” w przestrzeni rozwojowej dokładnie z TĄ kobietą. I jak tu nie wierzyć w prowadzenie? Jak nie wierzyć, że życie cały czas rozmawia z nami poprzez ludzi, spotkania, książki, znaki? Jedna osoba. Jedna wiadomość. Jedno spotkanie. Jedna książka. Jedno “przypadkowe” kliknięcie. I nagle całe życie zmienia kierunek.
Czy to nie jest właśnie zaufanie sercu? Czy to nie jest właśnie dawanie sobie zgody, żeby życie mogło nas poprowadzić dalej, niż sami bylibyśmy w stanie sobie wymyślić? Bo prawda jest taka, że ja nigdy nie wymyśliłabym tego miejsca, w którym jestem obecnie. Nigdy! Nie usiadłabym przy stole i nie napisałabym planu: “Będę wspierać kobiety. Będę prowadzić transformujące sesje. Będę pomagać kobietom wracać do siebie. Będę pomagać im odkrywać ich potencjał, wewnętrzną prawdę, naturalne talenty, dary…” Ja nawet o tym nie marzyłam. Nie wiedziałam, że takie życie jest dla mnie w ogóle możliwe. A dziś jestem dokładnie tutaj. W miejscu, którego kiedyś nawet nie potrafiłabym sobie wyobrazić. I to jest właśnie najpiękniejsze, że serce często prowadzi nas nie do tego, co sobie zaplanowaliśmy, ale do czegoś znacznie piękniejszego – do życia, które naprawdę jest nasze. Oczywiście podczas “szukania” nowej ścieżki zawodowej były też i błędy, straty, źle ulokowane pieniądze, nietrafione decyzje, momenty frustracji i zwątpienia. Było też niezrozumienie osób, bo dla wielu to, co zaczęłam tworzyć było zbyt miękkie, zbyt abstrakcyjne, zbyt niemierzalne. A dla mnie to było pierwsze miejsce w życiu, w którym naprawdę czułam, że ŻYJĘ – prawdziwie, z ekscytacją, z szybciej bijącym sercem. Dziś, patrząc z szerszej perspektywy na różne wyzwania widzę to zupełnie inaczej. Tłumaczę to tak: “Widocznie tak miało być. Widocznie to też było częścią drogi – swego rodzaju ceną, którą trzeba było zapłacić za dojście tutaj.” Basia napisała kiedyś: “Niech życie będzie jedną, wielką, fenomenalną opowieścią. Ale taką, która wyciska łzy wzruszenia i śmiech na całe gardło. Nie ma czasu na potem, nie ma czasu na żałuję.” I myślę, że właśnie dlatego ten tekst poruszył tak wiele osób. Bo wszyscy gdzieś głęboko to wiemy, że nie przyszliśmy tutaj po to, żeby tylko przetrwać. Nie przyszliśmy po życie “jakoś”, lecz po życie “naprawdę”. Nie przyszliśmy tutaj po to, aby całe życie się dopasowywać, ale po to, żeby przypomnieć sobie własną moc. Bardzo często żyjemy tak, jakbyśmy byli statystami we własnym życiu. Jakbyśmy mieli spełniać cudzy scenariusz, cudze oczekiwania, cudze definicje szczęścia, sukcesu i bezpieczeństwa. Jakby ktoś inny miał zdecydować, co jest dla nas właściwe. A przecież to nasze ŻYCIE, nasza historia, nasza scena – jedyna taka, więc niech będzie przepiękna. Dziś też wiem, że Wszechświatowi nie trzeba codziennie przypominać o swoich marzeniach. On wie. Naprawdę wie. Bóg. Życie. Źródło. Ta większa Siła, która nas prowadzi. Ona słyszy. Naszym zadaniem nie jest kontrolować każdy krok. Naszym zadaniem jest robić swoje. Dzień po dniu. Krok po kroku. Słuchać siebie. Zauważać znaki. I ufać. Bo może to, czego tak bardzo chcesz, nie przychodzi teraz nie dlatego, że nie jest dla Ciebie, tylko dlatego, że przygotowuje się dla Ciebie z innej strony – piękniejszej, pełniejszej, mądrzejszej, takiej, której dziś jeszcze nie widzisz. Nie pytaj: “Jak to zrobić?” Zapytaj: “Co dziś jest moje?” I idź za tym. Jedna rozmowa. Jedna decyzja. Jedno “tak”. Jedno “nie”. I to wystarczy. Bo wielki finał brzmi pięknie, ale prawda jest taka, że życie rzadko wygląda jak scena z filmu. Nie składa się z jednego spektakularnego momentu, po którym nagle wszystko staje się jasne, lekkie i na swoim miejscu. Najważniejsze rzeczy dzieją się ciszej. W chwili, w której wracasz do siebie po długim błądzeniu. W momencie, kiedy przestajesz pytać cały świat o pozwolenie na szczęście. Kiedy przestajesz szukać odpowiedzi wszędzie dookoła, a zaczynasz słyszeć je w sobie i temu ufasz. Kiedy zamiast wciąż gdzieś pędzić, zatrzymujesz się i naprawdę czujesz swoje życie – takie, jakie jest. Nieidealne. Czasem chaotyczne. A jednak piękne. Prawdziwe. Twoje. Spełnienie nie pojawia się wtedy, gdy wszystko na zewnątrz wreszcie układa się perfekcyjnie. Rodzi się wtedy, gdy przestajesz odkładać siebie na później. Kiedy wybierasz własny spokój zamiast cudzych oczekiwań. Kiedy przestajesz zdradzać swoje serce dla tego, co wygodne, rozsądne albo dobrze widziane. Kiedy zamiast kolejny raz od siebie odchodzić – decydujesz się wrócić. Może właśnie na tym polega prawdziwe prowadzenie. Nie na wielkich znakach z nieba. Nie na idealnie rozpisanym planie. Ale na tym cichym, wiernym głosie w środku, który od zawsze znał drogę. Wystarczy tylko – a może aż – odważyć się w końcu posłuchać swojej wewnętrznej prawdy, swojego serca, głosu swojej Duszy… i dać się temu poprowadzić.



0 komentarzy